Wojenne Fotografie Bełżca Wojciecha Iwulskiego

To sensacyjne odkrycie. Jacek Iwulski, właściciel cenionego zakładu fotograficznego w Braniewie na Pomorzu, odnalazł niedawno zapomniane fotografie swojego ojca. Wojciech Iwulski pochodził z Bełżca. Do Braniewa musiał wyjechać niedługo po II wojnie światowej, na rozkaz władz. Fotografie, które odnalazł jego syn, pokazują dotąd nieznany Bełżec i okolice, a a także mieszkańców z okresu II wojny światowej.

Wojciech Iwulski urodził się w 1915 r. w Bełżcu. Szkołę Podstawową skończył w pobliskiej rawie Ruskiej. Potem poszedł do gimnazjum w Żółkwi. Ukończył je na cztery lata przed II wojną światową. Chłopak otrzymał średnie wykształcenie humanistyczne. To jednak nie dawało gwarancji pracy- postanowił więc zrobić kursy fotograficzne. W latach 1937-38, pracował w Pruszkowie, u krewnego. Był zastępcą kierownika w Hurtowni papieru i materiałów piśmienniczych Koziej i Filipowicz. Jego syn, Jacek Iwulski wspomina, ze jeszcze długo po wojnie w domu było pełno pięknych pocztówek i rozmaitych ołówków  z tej hurtowni.
Wiosną 1938 r., jako 18-letni chłopak, dostał powołanie do wojska. Służył jako strzelec w 40. Pułku Piechoty, który stacjonował we Lwowie.
Gdy wybuchła II wojna światowa, jego pułk wysłano do obrony Warszawy. Wojciech podczas walk został ranny w nogę. Nie było szans, żeby go dowieźć do szpitala- ranę leczono więc w punkcie sanitarnym jednostki.
Kiedy Warszawa skapitulowała, rannego Wojciecha w niewolę wzięli Niemcy. Wysłali go do szpitala polowego, a z niego- 30 października 1939 r. – pozwolili wrócić do domu.

Kelner w wywiadzie

Kiedy Wojciech wrócił do Bełżca, zaangażował się w działalność podziemia. Polecono mu, by zatrudnił się w bufecie na stacji kolejowej jako kelner. Miał donosić o wszystkim, co zasłyszał w bufecie. Od wiosny 1940 r. – przekazywał informacje o przyjeżdżających na dworzec transportach wojskowych, osobach, które współpracowały z wrogiem,  a także o tym wszystkim, co mogło mieć wpływ na działalność ruchu oporu. Na początku 1941 r. został zaprzysiężony jako członek AK. Przyjął pseudonim „Kazik”. AK poleciło mu założyć w Bełżcu zakład fotograficzny.  Wszystkie negatywy, jakie przynosili Niemcy, robił w dwóch kopiach. Drugą- chował pod dachówkami domu, w którym znajdował się zakład fotograficzny (a znajdował się  naprzeciwko stacji kolejowej). Potem te odbitki wysyłane były do polskiego rządu w Londynie. – Wiem to od kilkorga osób, które działały z ojcem w AK-  mówi Jacek Iwulski.
W październiku 1941 r. Wojciech został aresztowany przez gestapo- za współprace z ruchem oporu. Osadzono go w obozie zagłady w Bełżcu, ale wkrótce przeniesiono na gestapo w Tomaszowie. AK-owcy próbowali go uwolnić. – AK rozważało trzy możliwości: albo go wykupią, odbiją bądź zabiją. Musiał więc dużo wiedzieć – mówi wójt Bełżca, Andrzej Adamek. W końcu udało się przekupić szefa tomaszowskiego gestapo (choć Iwulski nigdy nie dowiedział się, ile za niego podziemie zapłaciło) i  z końcem listopada Wojciech został wypuszczony na wolność. Wrócił do swojego zakładu fotograficznego

Bombardowanie

W lipcu 1944 r. Bełżec został zbombardowany: radziecka pilotka zrzuciła bomby na niemiecki skład amunicji, który znajdował się na stacji kolejowej. Zniszczone zostało wszystko w pobliżu około pół kilometra. Wojciech Iwulski ocalał – schował się we wcześniej zbudowanym schronie. Ale jego zakład, dom – wszystko spłonęło. A z nimi – najprawdopodobniej część tajnych zdjęć, schowanych pod dachówkami domu, które miały pojechać do Londynu.
Wkrótce po bombardowaniu przyszli radzieccy żołnierze i wyzwolenie. Po wyzwoleniu Wojciech pracował w biurze repatriacyjnym, dokumentował wojenne zniszczenia.
Nie wiadomo, dlaczego w pewnym momencie dostał od władz nakaz opuszczenia Bełżca i przeniesienia się do Braniewa.

Przy stole z Banderą

– Działalność ojca w Bełżcu przez całe życie była tematem tabu – opowiada Jacek Iwulski. – Widocznie wyniósł to z wywiadu: o niczym nie opowiadał, był bardzo tajemniczy jeśli chodzi o przeszłość – mówi. Przeszłość poznał już po jego śmierci. Uprzątając mieszkanie, znalazł podklejone po spód wersalki dokumenty, zdjęcia, a także  ojcowski kilkustronicowy dokument, spisany jego własną ręką.
Dlaczego ojciec chciał, by prawdę poznano dopiero po jego śmierci? Nie wiadomo. W życiorysie ojciec nie napisał najważniejszego: że służył w wywiadzie. Jacek Iwulski dowiedział się tego dopiero z ankiety, jaka przyszła dwa lata po śmierci ojca (zmarł w 1990 r.) z Londynu.
Jacek urodził się już w Braniewie. Jego ojciec z Bełżca na ziemie odzyskane wyjechał pod koniec 1945 r. Z dokumentów  wynika, że  Bełżec opuścił sam. Żona Anna, a także starsze rodzeństwo Jacka: Maria i Stanisław oraz jego babka Katarzyna,  do Braniewa dotarli dopiero rok później.
W Braniewie Wojciech założył zakład fotograficzny. Zapisał się do Polskiej Partii Socjalistycznej. Wyrzucono go z niej po 2 latach – po tym, jak ujawnił się jako były AK-owiec.
Po kilku latach wstąpił do Stronnictwa Demokratycznego, zasiadał we władzach powiatowych ugrupowania. Był radnym Powiatowej Rady Narodowej, członkiem Frontu Jedności Narodu. W 1962 r. został członkiem ZBOWiD-u. Za swoją działalność otrzymał m.in. Srebrny Krzyż Zasługi, a także srebrną odznakę „Zasłużony dla Warmii i Mazur”. Zmarł w grudniu 1990 r.

W tajnych archiwach

Przeszłość jego ojca do dziś jest pełna białych plam. – Jakiś czas temu dowiedziałem się na przykład, ze ojciec najprawdopodobniej brał udział w rozmowach, jakie AK prowadziło ze Stefanem Banderą. Pewnego dnia przyszła do mnie Ukrainka, wysiedlona spod Bełżca z ukraińską gazetą. Pokazała na zdjęcie  w artykule na temat tamtych rozmów, na którym przedstawiciele AK i banderowców siedzą przy stole, i zapytała: poznajesz ojca? – opowiada. Nie poznał, bo fotografia była fatalnej jakości. Ukrainka upierała się jednak, że jego ojciec był obecny podczas negocjacji. – Możliwe, że był, ale raczej nie jako negocjator, tylko dokumentalista lub w obstawie – mówi.
Jacek Iwulski archiwalnymi zdjęciami ojca zainteresował się stosunkowo niedawno. – Odkryłem trzy pudła. Część z nich to nieznane zdjęcia z Bełżca – mówi.
Z bełżeckim GOK-iem skontaktował się  przed organizowaną w połowie czerwca (2014) konferencją na temat mordów dokonywanych w powiecie tomaszowskim w pierwszej połowie 1944 r. –  Okazało się wtedy, ze autorem zdjęć z mordu w Zatylu na pasażerach pociągu relacji Bełżec – Lwów nie jest, jak powszechnie sądzono, cichociemny, por. Tadeusz Żelechowski (ps. „Ring”), który z oddziałem AK pojawił się na miejscu tuż po zbrodni płk. Żelechowski, a właśnie Wojciech Iwulski – mówi Wojciech Stepaniuk, ówczesny dyrektor GOK w Bełżcu. Jacek Iwulski zrobił odbitki z negatywów- i tak do Bełżca dotarły zdjęcia z mordu, większości dotąd nieznane i bardzo drastyczne. Także wstrząsające zdjęcia zamordowanej przez ukraińskich nacjonalistów rodziny z Szalenika.
Ale to nie wszystko. Okazało się, ze Pan Iwulski ma mnóstwo innych negatywów zdjęć z Bełżca z czasów II wojny światowej oraz z okresu tuż przed i tuż po niej – dodaje Andrzej Adamek, wójt gm. Bełżec. Andrzej Adamek, Wojciech Stepaniuk oraz Tomasz Hanejko, kierownik Muzeum Miejsca Pamięci w Bełżcu, odwiedzili w lipcu 2014 Jacka Iwulskiego w Braniewie. Podarował im około 200 cyfrowych odbitek zdjęć, które odtworzył z ojcowskich negatywów. To tylko część zbiorów, które sukcesywnie przegląda i opracowuje. Obiecał, ze podaruje gminie także negatywy- jak również film z lat 80-tych, an którym nagrał opowieść swojej matki o wojennym i przedwojennym Bełżcu, a także  długi wywiad z nieżyjącym, bardzo zasłużonym dla Bełżca proboszczem, ks. Stanisławem Węglowskim.
Fotografie pokazują  zupełnie dziś nieznany Bełżec, Tomaszów Lub. I inne miejscowości w okolicy, których na razie nie udało się zidentyfikować. Jest sporo zdjęć dawnego bełżeckiego dworca kolejowego (zbombardowanego w 1944 r.), są fotografie, na których widać rozbierane czołgi, kościół, szkołę i chatę „kuczę” którą obecnie można oglądać w Muzeum Wsi Lubelskiej). Na jednym ze zdjęć widać zarys bełżeckiego obozu pracy, na innym – wnętrze pociągu, kolejarzy przy pracy, dawny cmentarz, na którym pochowano ofiary cholery, jest sfotografowany bełżecki sklep (wnętrze), są zdjęcia z czyjegoś ślubu, pogrzebu, wigilii,a także … dokumentujące lepienie pierogów, wypas stada świń, przejazd przez wieś wyścigu kolarskiego, zabaw chłopców w indiańskich pióropuszach, bełżeckiej drużyny piłkarskiej. Jest panorama Bełżca, zrobiona najprawdopodobniej z budki wartowniczej obozu. Na innej fotografii – śliczna, roześmiana Cyganka, która potem najprawdopodobniej umarła w obozie, jaki dla tej nacji założyli w Bełżcu Niemcy.
Widać także, jak srogie zimy bywały w okolicy (zaspy wyższe niż dorosły człowiek!).
Ale najwięcej jest fotografii dawnych mieszkańców Bełżca: młodych chłopaków, ślicznych dziewcząt – roześmianych, szczęśliwych – jakby wojny wcale nie było. – Niestety, nie znamy ich tożsamości. Prosimy mieszkańców Bełżca by zgłaszali, jeśli kogoś rozpoznają – mówi Wojciech Stepaniuk.
Najcenniejsze jednak zdjęcia- m.in. te z bełżeckiego obozu zagłady – znajdują się najprawdopodobniej w tajnych archiwach w Londynie. Czy kiedykolwiek zostaną odtajnione?
Małgorzata Mazur (Tygodnik Zamojski z 15 lipca 2014 r.)

 

 

Jeszcze o znalezionych zdjęciach unikatowe zdjęcia odnalezione po latach